Przy czym "cuda" należy wziąść w spory nawias ale kija już nie bowiem kuchenne pierdółki naprawdę wiszą na kiju:)
Myślałam o nim już dawno, tyle że jak to u mnie - czas leciał sobie jednym torem a moje pomysły drugim;)
Wczoraj przyniosłam z ogrodu gałąź, która w sezonie letnim służyła za podpórkę dla groszku. Nożem z wielkimi zębiskami zdarłam z niej korę (tak szczerze powiedziawszy byle jak;)), przetarłam ze dwa razy grubym papierem ściernym i przełożyłam pod kuchenną półką. Dowiesiłam ceramiczne pojemniki i durszlak, włożyłam świeczki, zioła i gotowe... Już lubię tą gałąź:)
Znając siebie to zawieszki/dowieszki/przywieszki oraz ich zawartość będzie się zmieniać w zależności od dnia, pomysłu i nastroju;)
Zastanawiam się czy projekt kij słusznie podciągnęłam pod DIY... Nie napracowałam się przy nim zbytnio:D
Probowałam ostatnio rozmnożyć kupną bazylię - tak jak zwykle, wkładając ją do wody. I nic z tego nie wyszło, zgniła... Ta zerwana z ogrodu zawsze ale to zawsze po kilku dniach puszczała zdrowe korzonki. Kolejny raz potwierdza się, że natury się nie oszuka, sztucznie podpędzone rośliny głównie mają wyglądać;)
